czyli było nas dwóch - ja i mój brzuch :
sobota, 04 kwietnia 2009

Że blog zamarł, to chyba aż nazbyt oczywiste.

Początkowo chciałam oddzielić tematykę ciąży, macierzyństwa i dziecka od mojego "zwykłego" życia.

Już od dawna wiem, że to była czcza mrzonka. Oddzielenie czegokolwiek jest zupełnie niemożliwe.

A prowadzenie dwóch bliźniaczych blogów przerasta moje siły. I kreatywności nie starcza. Musiałabym kopiować własne notki.

Zostałam więc na starych śmieciach.

o tu nas znajdziecie

Zostałyśmy.

Ja i Tosia.

I już zawsze będziemy razem. Jeśli nawet nie tam, t
o gdzie indziej.

Do przeczytania.
wtorek, 26 sierpnia 2008

Wystarczy trochę cierpliwości i to co niezrozumiałe, nagle staje się zupełnie jasne i oczywiste.

Do niedawna na ten przykład, nie wiedziałam, o co chodziło Zosi, gdy pisała o skaczącym brzuchu. Teraz już wiem.

Bo i mój zaczął podrygiwać. Ba! Wędruje sobie z prawej na lewo i z powrotem, faluje i straszy mi psa, który zdumiony wącha pępek i za chińskiego boga nie pojmuje skąd u jego pani tak nadzwyczajne umiejętności :)

Obserwowanie własnej bani (bo nazwa "brzuch" zrobiła się zupełnie nieadekwatna) okazuje się nawet dla mnie zajęciem fascynującym, szczególnie wieczorami, kiedy mała zaczyna harce po moich organach wewnętrznych :)

Patrzę sobie na tę banię i myślę, że tam w środku jest sobie taki alien, mały człowiek, made by cymes, krew z krwi, kość z kości, który kiedyś będzie dorosły, samodzielny i niezawisły.

I myślę sobie, że najbardziej rajcuje mnie wcale nie perspektywa opieki, przytulania i pieszczenia noworodka czy niemowlaka.
Ale wizja wychowania tego małego człowieka. Obcowania z nim i obserwowania jak dojrzewa, dorasta i rozwija się.
A najbardziej możliwość kontaktu, kiedy będzie zupełnie dorosły, tak jak ja teraz. Bo mam jakieś takie silne wewnętrzne przekonanie, że moja Tośka będzie strasznie fajnym ludziem.

Nadal jakoś mało rajcują mnie brzuszki i bobaski.

Bardziej "błogosławiony" od samej ciąży wydaje mi się stan "bycia rodzicem".
Nie mogę się doczekać, aż moja córka  wylezie ze mnie i będę ją mogła poznać.

I trochę też przyznam nieśmiało (pewni będzie lincz :) , że cieszę się na myśl, że odzyskam moje ciało dla siebie samej i już nie będziemy się musiały nim dzielić.

Rodzicielstwo, wychowanie - to dopiero jest ta metafizyka. I misja do wykonania.
Bo jak na razie to powiedziałabym, że nadal raczej fizjologia. I to coraz bardziej przytłaczająca.

środa, 02 lipca 2008

Jutro rano bierzemy cytrynę w kieszeń i idziemy z Tośką pić glukozę oraz upuszczać krew.

Przyjemnie na pewno nie będzie. Przezornie wzięłam dzień wolnego od pracy (czyt. wyniosłam akta i uzasadnienie będę stukać w domu :) bo mnie teściowa ostrzegała, że po takiej dawce słodkości mogę się czuć nie-teges.

Zachodzę w głowę, jak ja mam to zrobić, żeby na te badania dojść będąc "na czczo". Obawiam się bowiem, że po drodze mogę sobie w desparacji odgryźć, a następnie pożreć własną rekę. I pomyśleć, że mówi to osoba, która jeszcze całkiem niedawno na śniadanie jadała mocną herbatę i fajkę :)

No i w związku z moją urojoną-jak-na-razie cholestazą zrobię sobie przy okazji kłucia badanie enzymów wątrobowych. Może wtedy swędzenie rozmaitych części ciała nie będzie mnie wpędzało w histerię.

I jeszcze do cholery trzeba coś zrobić z tym upałem!!!


poniedziałek, 30 czerwca 2008

Rozwierciła mi się dziecina na dobre. Potwierdzając przy okazji, że jest nieodrodnym dzieckiem swoich rodziców - typowych sów.

W ciągu dnia niemrawa, harce zaczyna ok 21:00 i uskutecznia je przez całe dwa odcinki "Seksu w wielkim mieście" (bo nadrabiamy właśnie tę serialową zaległość :)

A najzabawniejsze jest, jak różnie reaguje na poszczególne osoby ...

Z mojej ręki na brzuchu nic sobie nie robi - kopie albo nie, jak jej się uwidzi. Poszczególne części mojego ciała widać (tak sobie tłumaczę) nie bez przyczyny uznaje za własne i postępuje wedle własngo uznania :)

Jak brzucha dotyka spragniony kontaktu ojciec wierzganie momentalnie ustaje. Uspokaja się na parę minut i zaczyna znowu dopiero jak się tatulek zniechęci.
Tatusiowi pewnie smutno, że nie jest kopany, tak jak być powinien, ale ja sobie koncypuję, że te właściwości uspokajające mogą się bardzo przydać później i jeszcze będziemy błogosławić usypiający dotyk mojego Męża.
Może będzie okazja nadać mu tytuł (jak Monice we "Friendsach")
- "official baby crier stopper"?

Pies też wykazuje pewne zainteresowanie, nie tyle może zawartością mojego brzucha, co jego kształtem, bo mu coraz trudniej złożyć glowę na moim "podołku" i, jak się mogę tylko domyślać, zapachem, który dla psa zapewne jest zupełnie odmienny od zwykłego (hormony)
Ostatni podczas obwąchiwania mojego pępka otrzymał kopa centralnie w nos :)
Drgnięcia brzucha nie uznał za nic przerażającego, ale niewatpliwie mocno się zdziwił i poszedł sobie zniesmaczony, że mu się poduszka wierci :)
Śmiać mi się chce na myśl, co będzie, kiedy za dwa miesiące jego kufa znajdzie się pod dużo silniejszym ostrzałem :)

Ale, żeby nie było za wesolo, bo przecież nie byłabym sobą, gdybym się choć troszkę czymś nie zamartwiała, to powiem, że panicznie boje sie cholestazy ciążowej. Wczoraj zaswędziała mnie prawa stopa i tak się przestraszyłam, że minutę później swędziała mnie druga noga i obie ręcę i nie mogłam zasnąc obserwując błyskawiczny postęp objawów ciężkiej postaci cholestazy.

Dziś już jest ok, nic mnie nie swędzi i o swojej przypadłości chwilowo zapomniałam.

Stanowczo farmaceuci powinni popracować nad jakimś dobrym psychotropem dla bab w ciąży, bo sie wykończyć można ...



środa, 02 kwietnia 2008

Nie ulega wątpliwości, że jest coraz lepiej. Po żołądku jeździ mi jakby mniej, lodówka mniej śmierdzi, więcej czasu wytrzymuję w hipermarkecie bez obawy rzucenia kryptopawia między półki.

Ale sytuacja nadal daleka jest od ideału ...

Niestety nadal nie mogę gotować. Jak już wymyślę coś, co bym chętnie zjadła (bo jest ze mnie kucharz dobry ale  egoista tzn. gotuję tylko to, co sama lubię i mam ochotę zjeść) można to uznać za niebywały sukces, bo ostatnimi dniami miałam ochotę wyłącznie na sztucznidła w typie duńskiego hot - doga lub kebaba. Wysoko w rankingu stoją też u mnie przez ostatni tydzień kanapki z żółtym serem (Boże, jakiż żółty ser jest pyszny! Że też ja tego wcześniej jakoś nie dostrzegałam) pomidorem, cebulą i majonezem. Mniam.

No więc osiągnęłam dziś w końcu punkt, w którym postanowiłam coś ugotować (co by mnie małożonek przed rozwiązaniem nie opuścił :))) Kurczaka w cieście kokosowym i sosie słodko - kwaśnym.

I co?

I po 5 minutach od rozpoczęcia kuchennych obrzędów poczułam przemożną ochotę rzucenia pawia między gary. Jako osoba niebywale dzielna bohatersko postawiłam się do pionu, powstrzymałam swoje zapędy, obiad ukończyłam i podałam, tyle że jadł ... tylko mąż, bo ja nie dałam rady.

Jak mnie dociśnie głód (bo na razie najadłam się samymi zapachami) to pewnie zadowolę się kanapkami j.w.

Biedne to moje dziecko - powinnam się zdrowo odżywiać, ale ze zdrowych rzeczy daję radę jeść jedynie niektóre owoce, głównie jabłka (wczoraj na ten przykład wrąbałam cztery na jedno posiedzenie)

Efekt tego będzie taki, że ten mój biedny dzieciak urodzi się chyba z krążkami cebuli na uszach i z buzią wysmarowaną majonezem :)

A ja z kolei, jak tak dalej pójdzie będę kulko-matką co sie będzie toczyć za wózkiem.

niedziela, 30 marca 2008

Pisałam o syndromie waletnynkowych podwójnych jaj ...

Okazuje się, że to nie był koniec. To było dopiero otwarcie.

Teściowa piekła wielkanocne ciasta i bam - natrafiła na podwójne żółtko.

Dziś siadamy do świątecznego stołu - bomba atomowa - moja mama pokazuje mi na stole PODWÓJNE ŚWIĘCONE JAJKO!!! (to jedno z 2 święconych, wybranych spośród 10 farbowanych, wybranych z ok. 30 zakupionych :)

I co ja biedna mam o tym myśleć ?!

Jestem zupełnie nieprzesądna, ale te dziwne zbiegi okoliczności każą mi się poważnie zastanowić, czy aby los nie chce mi czegoś dziwnego zakomunikować?

Albo będę miała bliźniaki, albo polskie kury masowo oszalały :)

Odpowiedź uzyskam 4 kwietnia - pierwsze USG.

Sama nie wiem, jaką bym chciała ... ;)

środa, 05 marca 2008
   
    Dziwiłam się zawsze, a teraz dziwię się jeszcze bardziej, gdy czytam albo słucham opinii kobiet, które do swojego "odmiennego stanu" mają stosunek namaszczony i metafizyczny. I nic nie jest w stanie zatrzeć w nich poczucia, że noszą w sobie nowe życie, dziecko, małą istotkę ludzką, która posiada ... (tu następuje wyszczególnienie) oczy, rzęsy, paluszki, paznokcie itp.

A u mnie nie z tych rzeczy.

    Mnie jakoś nic z tej metafizyki nie dotyka, albo może po prostu zostaje ona przygnieciona fizjologią, która tak daje w kość,  że moje życie wydaje się ostatnio sprowadzać do spania, jedzenia i wydalania. Zupełnie jakby ktoś mi podmienił moje ciało na inne. W ten sposób zamiat mojego starego i zaprzyjaźnionego organizmu mam nowy, w którym wszystko jest mi obce i który zachowuje się  tak, jakby mnie zupełnie nie znał. I nie rozumiał, że absolutnie nie godzę się na jego fanaberie.

    I tym oto sposobem, osoba, która do tej pory była nocnym markiem i potrafiła przebumelować z kryminałem do 6:00 rano by dowiedzieć sie "kto zabił", o godzinie 23:00 zjeżdża, niezależnie od tego, jak fascynujący jest film, który właśnie ogląda.
    Następnie śpiąc kamiennym snem umarłego zostaje w dwie godziny po zaśnięciu obudzona przez własny pęcherz, który obwieszcza, że za chwilę pęknie. Nawet nie zdąży mi sie przyśnić, że chce mi się siku, jak to drzewiej bywało, taki ten mój nowy pęcherz jest niecierpliwy.
    Pomimo zmęczenia i wberw całemu mojemu życiowemu doświadczeniu, śpię jak ptaszek. Śnią mi się jakieś ciążowe koszmary przerywane akcjami typu pić, sikać, niewygodnie, gorąco, zimno i tak bez końca, czyli do rana.
    A rano, ok. 9:00 (boże, kiedyś to dla mnie był blady świt!) budzi mnie nie zwykły głód ale GŁÓD! Pomyśleć, że jeszcze do niedawna za śniadanie wystarczała mi gorąca herbata! Początkowo starałam się GŁÓD zignorować (jak to zwykłam czynić) ale się boleśnie przejechałam. Ssanie w żołądku narasta, oddalając tylko perspektywę ponownego zaśnięcia, a zbyt długo lekceważony, przechodzi w mdłości, które łatwo nie ustępują. No więc w stanie pół przytomnym zwlekam się z łoża boleści po banana (to jedyne pożywienie, które przychodzi mi do głowy jako sycące i nieskomplikowane w przygotowaniu), w drodze do kuchni mijam męża szykującego się do pracy, który się śmieje ze mnie i mojego banana. Do męża robię zbolałą minę, następnie dowlekam się do łóżka, pożeram banana bez zbędnej celebry i idę spać. Na godzinę, dwie wystarcza. A banan będzie teraz czuwał przy moim łóżku już od wieczora w charakterze żywieniowego koła ratunkowego.
    A w ciągu dnia mdłości, mdłości, mdłości. Nie, nie rzygam na szczęście, ale nie zmienia to faktu, że życie brzydnie. A wyjście gdziekolwiek, np. do sklepu samoobsługowego przeradza się w zapachowy koszmar większego skupiska ludzkiego. Teraz już nie przeszkada mi tłum, teraz powala mnie zapach. Pewnie nie byoby tak źle, gdyby nie fakt, co z przykrością i na własny nos stwierdziłam, że Polacy w zdecydowanie zbyt dużej grupie, się nie myją. A druga duża grupa zdecydowanie przesadza z substancjami zapchowymi.
    Jakby tego było mało, ciągle jestem głodna, ale niczego nie mogę jeść, bo mnie mdli. Znienawidziałam ukochany czosnek, pielmieni nie zjem przez najbliższe pół roku. Nie mogę gotować, bo zawsze znajdzie się jakiś zapach, który mnie razi. Krążę po kuchni w poszukiwaniu czegoś, co bym zjadła i niemal zawsze kończy się na toście z masłem i dżemem. Jak na tosta się nie zdecyduję i nie zjem - to zaczyna mnie mdlić i tak w kółko.
    O używkach nawet nie wspomnę. Alkohol i papierosy są poza tymi kategoriami zapachwymi, które jestem w stanie zdzierżyć. Dlatego też odstawienie używek z powodu ciąży wydaje się być z tych wszystkich zadań, najłatwiejszym.

No i sami widzicie. Metafizyka została wymieciona do zera. Nie cierpię może bardzo i intenesywnie, ale za  to permanentnie i niezleżnie od okoliczności, co sprawia, że czuję się bardziej jak gospodarz organizmu pasożytniczego niż matka.
No bo jakie dziecko chciałoby tak urządzić swoją matkę?

Dlatego na razie staram się myśleć o sobie jako o gospodarzu, któremu wewnętrzni goście nieco obrzydli (jak ryby po trzech dniach:) a o moim potomku, jako o zarodku, który na razie rośnie sobie i nie wie co czyni :)

Jak urośnie, a ja poczuję choć odrobinę metafizyki (co mam nadzieję nastąpi w końcu) to podniosę wymagania, bo tak się stanowczo na dłuższą metę współistnieć się nie da.

wtorek, 04 marca 2008

Wymyśliłam sobie nowego bloga "ciążowego", no i okazuje się, że lekko nie będzie. Wykoncypowałam sobie tytuł "Mama's little bakery", bo nie chciałam żadnych ckliwych tekstów o "maluszkach", "dzieciątkach", "nowym życiu" i tym podobnych bzdetów. Tym bardziej, że znajdując się permanentnie na progesteronowym haju (nic przyjemnego, zaręczam) jestem w nastroju mało melancholijnym, żeby nie powiedzieć nieprzysiadalnym. Chciałam dowcipnie i z dystanesm. Ale z mojego tytułu nici, bo głupi blox nie uznaje dopełniacza saksońskiego i musiałabym utrwalić tytuł z błędem, a ten codziennie będzie mnie raził po oczach. Więc będę musiała wymyślić coś nowego, bo błędu w tytule nie zdzierżę. Na razie zostanie, bo nie mam innego pomysłu, ale to się mam nadzieję, jak najszybciej, zmieni.

Dobrze, że przynajmniej znalezienie odpowiedniego szablonu było zadaniem dalece łatwiejszym. Arbuzy, szczególnie nadgryzione są bardzo na miejscu :) Dziękuję Dario za wyśmienity pomysł :)

A z wieści najaktualniejszych, na szybko, bo małżonek zaraz będzie gonił do spania :) byłam wczoraj u gina, który potwierdził: Ciąża siedmiotygodniowa (ja tam mam swoje zdanie na ten temat, ale widać metod obliczania dla mnie modyfikować nikt nie zamierza), piękna (to autorskie pana doktora), wszystko, jak na razie w najlepszym porządku. W to ostatnie wręcz uwierzyć nie mogę, bo jako specyficzny hipochondryk już wymyśliłam sobie przynajmniej tysiąc pięćset rzeczy, które mogą być nie tak, w tym tzw. "puste jajo płodowe".
Pan doktor mnie uspokoił, twierdząc, że nawet jeśli, to można to stwierdzić dopiero w jakimś dziesiątym tygodniu i wtedy zwykle ulega samoistnemu poronieniu. A na razie mam sobie wybić z głowy temu podobne teorie.

No to w tym celu stanowczo trzeba mnie odciąć od internetu. Bo kto wie, co ja tam jeszcze znajdę ...

Tyle natenczas, bo padam na przysłowiowy ryj (znowu ten cholerny progesteron!)

poniedziałek, 03 marca 2008
Strona w budowie :)